“Ale ze mnie d**a”

Standard

Na zajęciach z rozumienia tekstu pisanego (compréhension écrite) odkryłam ostatnio, na swój osobisty skojarzeniowy użytek, pochodzenie polskiego sformułowania “ale z Ciebie / ze mnie dupa” i, co za tym idzie, możliwe źródło naszej rodzimej, wulgarnej nazwy dla pośladków. W języku francuskim mianem le DUPE [czyt. dyp] (i nie jest to słowo wulgarne!!!) określa się osobę, która jest łatwowierna, naiwna, daje się oszukać np. w wyniku przyjmowanych fałszywych pochlebstw.

np. Il me ment, mais je ne suis pas dupe, je le sais. (on mnie okłamuje, ale ja nie dam się oszukać [nie jestem dupe], wiem o tym)
Les hommes sont facilement dupes de ce qui flatte leur orgueil (Mężyczyźni łatwo padają ofiarą [są dupes] tego co chełpi ich dumę – brr nie umiem dobrze przetłumaczyć 😦 )

Odwracalne, nieodwracalne…

Standard

Od kilku dni na parkingu przed naszym domem leży rozjechana przez jakieś autko żaba. Mijamy ją kilka razy dziennie i za każdym razem, gdy przechodzimy obok niej Milka wysuwa ten sam komentarz:

– Ooo, żabka jeszcze nie żyje…

Depuis quelques jours il y a une grenouille écrasée sur la route devant notre maison. Milka et moi, nous passons à côté d’elle tous les jours et chaque fois Milka constate:

– Oooo, la petite grenouille est encore morte…

Chodzi!

Standard

Ku pamięci 🙂

Wczoraj, na imprezie urodzinowej Latiki (u Chanchala w domu), Gabek, zafascynowany: balonami, biegającymi wokół dziećmi, wielkim telewizorem w okienku którego wirtualne ludki grały w piłkę nożną za sprawą mechanizmów x-Boxa, usianą podłogą klockami, wydobywającymi się “skądś” dźwiękami skocznej muzyki, ni z tego ni z owego, po raz pierwszy zaczął sam chodzić* 🙂

*chodzić = robić więcej niż trzy kroczki, zatrzymywać się bez przewracania, przyracać ruch swojego ciała z pozycji stojącej bez asekruacji osób/przedmiotów trzecich 🙂

I dwa słowa po francusku (choć mam tydzień wakacji, dzieci oddaję na 3 godz. dziennie do niani, i to zobowiązuje:-):

Pour mémoire:-)

Hier soir, on a participé à la fête d’anniversaire de Latika et… Gabek a commencé marcher tout soul pour la premier fois. Il se plaisait beaucoup à l’ambience de la fête: la musique, les ballons, les enfance qui courent etc. et il a oublié qu’il ne marchait pas encore (sauf quelques pas)

Pomiędzy światami

Standard

Hmmm, minął ponad rok od ostatniego wpisu. Tyle się wydarzyło, że nie sposób mi zarządzić wszystkimi wspomnieniami…

Czasami miałam ochotę tutaj wrócić, ale ciągle coś było ważniejszego albo stwierdzałam, że to bez sensu skoro już i tak tyle zapisków mi uciekło. Ale dziś naprawdę potrzebuję przelać kilka słów, bo szczególnie dotkliwie dokucza mi żąglowanie pomiędzy światami. Jakimi?

1. Światem spraw i potrzeb moich dzieci i moim dorosłym z całym multum bieżących spraw do załatwienia (przemęczyłam dziś Gabka spędzając z Izą kilka godzin przy komputerze przygotowując certyfakt pracy naszej byłej niani, gdzie on biedny bawił się na podłodze jak umiał walcząc ze zmęczeniem bo pora drzemki dawno minęła)

2. Światem frankojęzycznym i moją polską logiką myślenia (poranna wizyta w banku z nową sprawą do której nie miałam w głowie schematu postępowania i dobranych francuskich słów, trudna rozmowa telefoniczna po francusku z obcą osobą)

3, Światem anglojęzycznego emigranta z podobną do mojej historią. Tylko jak ją przelać na angielski by poczuć wspólną nić porozumienia, wymienić doświadczenia (muszę się przygotować do spotkania z M., by w pełni je wykorzystać do zdobycia nowej wiedzy i dać w zamian poczucie wspólnoty losu…)

Trudne to ciągle. I wyczerpujące. I chyba zawsze takie będzie. Tworzenie w głowie nowych schematów postępowania, myślenia, działania. Jak dobrze, że dla równowagi dobrego samopoczucia, po pokonaniu kolejnego kroku czuję ulgę i satysfakcję, co dodaje sił…

Pada. I będzie podało przez kilka następnych dni. Ale idziemy z Isą i dziećmi do lasu. Pooddychać głęboko. Z umową, że nie rozmawiamy o przyszłości, obowiązkach, sprawach. Będziemy tylko oddychć. I pewnie plotkować 😉

Imię

Standard

No proszę, drobiazg, ale w sobotę spowodowałam poruszenie (niewinnym pytaniem) wśród moich francuskich koleżanek podczas beztroskiego pikniku, który sobie urządziliśmy w trakcie imprezy dla dzieci („Fete des enfants”) organizowanej przez jedną z okolicznych wsi (nota bene fajna inicjatywa – ciągle podziwiam francuzów za zaangażowanie w uatrakcyjnianie wolnego czasu lokalnej społeczności – były akrobacje cyrkowe; pchli targ – wyprzedaż ubrań, sprzętu i zabawek dziecięcych; różne warsztaty: lepienia z gliny, malowania, orgiami; możliwość gry na instrumentach z materiałów z recyklingu itp.).

Wśród piknikujących była dziewczyna w ósmym miesiącu ciąży. Zapytałam ją czy zna płeć oczekiwanego dziecka , okazało się, że tak: będzie chłopiec (bo tutaj bardzo popularnym jest odmawianie sobie tej wiedzy przez przyszłych rodziców do momentu porodu, bo „jest im to obojętne”, „chcą mieć niespodziankę” itp. Sami zresztą ulegliśmy temu założeniu i nawet nam to specjalnie nie dokucza, choć po każdej wizycie u lekarza przez ułamek sekundy mam ochotę do niego zadzwonić i poprosić o wyjawienie sekretu:-).

– „Czy wybraliście już imię dla Waszego synka?” – drążyłam

– „Tak, wybraliśmy”

– „Jakie?” – zawsze jestem tego ciekawa, bo fantazja francuzów nie zna granic: a to ktoś nazywa córkę nazwą Wyspy na której urlopując dowiedział się o ciąży, a to imieniem z popularnego hinduskiego filmu, czy nazwą drzewa, albo trudnym do wymówienia dwuczłonowym imieniem chińskim…

– „Nie mogę powiedzieć” – oburzyła się koleżanka i zawtórowała jej druga – „Tutejsi rodzice pod żadnym pozorem nie wyjawiają imienia swojego dziecka przed porodem…”

– „Dlaczego?”

– …

A my utknęliśmy w martwym punkcie w poszukiwaniach imienia dla chłopca (dla dziewczynki na szczęście już zaklepane, zatwierdzone i nienaruszalne), które – z racji naszej emigracji – nie będzie zawierało: polskich liter (ś, ć, ł itp), dwuznaków (sz, cz, dz, rz), i najlepiej litery “r”, ale to niekoniecznie… ech

A Milka, słynąca w naszym gronie z zamiłowania do muzyki i ruchu rozbroiła swojego Tatę prosząc go do tańca na „potańcówce” wieńczącej rzeczoną imprezę i nie wypuściła z parkietu przez dobry kwadrans…

Vive les vacances!

Standard

Ech, i znowu „zakluchusiłam” bloggową ciszą bez zapowiedzi [„kluchusić” – rzeczownik wymyślony przez mojego męża na potrzebę opisania jednym słowem sytuacji beztroskiego marnotrawienia czasu na czynności, które nie są ani pożyteczne, ani w żaden sposób nie wspierają pasji ani przyczyniają się do regeneracyjnego odpoczynku – wykorzystywany przez Piotrka głównie wieczorami, gdy ja usypiam Milkę, a on surfuje bez celu w Internecie, choć cały dzień spędził w pracy przy komputerze].

Choć w tym wypadku „kluchuszenie” odnosi się wyłącznie do braku zapowiedzi planowanej wirtualnej absencji, bo same ostatnie dwa tygodnie mieliśmy niesamowicie, cudownie, magicznie wypełnione… Przysłówki opisujące ten czas można by oczywiście mnożyć, ale nic nie odda w pełni radości beztroskiego spędzania czasu na podalpejskiej ziemi z 5-osobą ekipą naszej najbliższej rodziny…

Już trzeci dzień samoczynnie i intensywnie utrwalają się w mojej głowie obrazy, filmiki i nagrania z pobytu naszych gości, odtwarzane i smakowane bez końca, więc oczywiście nie śmiem profanować ich niezgrabnym opisem.

A co Milce uwiecznić w słowach z tych dwóch tygodni (bo na ścianie jej pokoiku już wisi kilka zdjęć: znad jeziora, z pikniku na alpejskiej łączce z Mont Blanc w tle, z „Figloparku” itp. – zawsze z ukochanymi „Trzema Muszkieterami” )? Hmm, też trudne… Może energię… Jak Milka ją wykorzystywała ciesząc się pobytem gości?:

– Skacząc codziennie przed 23.00 po dmuchanym materacu, na którym Chłopcy szykowali się do snu, przewalając się z nimi i chichrając…

– Towarzysząc Chłopcom w pełnym skupieniu w oglądaniu bajek, również tych „dla starszych dzieci” popiskując i uciekając do rodziców podczas „strasznych scen”…

– Zapominając, że jest fanką transportu w rodzicielskich ramionach podczas spacerów i dzielnie maszerując/ biegając za Chłopcami po lesie, deptaku czy promenadzie

– Konsumując swoje pierwsze w życiu lody – rożki

– Chlapiąc się odważnie wodą w jeziorze (której temperatura jak dla mnie pozostawiała jeszcze troszeczkę do życzenia)

– Odpuszczając sobie rozpoczętą już naukę korzystania z nocnika – „bo szkoda czasu” chyba (ale nadrobiła to wczoraj dumnie stawiając pełny nocnik na ławie;-)

– Awansując werbalnie rodziców do „Mamuś” i „Tatuś” – podsłyszane u Kuzynów

–  Po raz pierwszy budując konstrukcje z darowanych właśnie klocków, choć Tata od roku próbował zarazić ją tą zabawą (sam czerpiąc z tego sporo radości)

– Pilnując oddalającego się podczas spaceru wujka (do którego zaufanie okazała usypiając raz beztrosko na jego barkach [„na barana”])

IMG_1869 IMG_1710 IMG_1762 IMG_1787